Tym razem udałam się do lekarza w celu zapewnienia sobie ochrony antykoncepcyjnej w postaci spirali. Tabletek brać nie mogę, bo występują u mnie wszystkie możliwe skutki uboczne jakie tylko można w ulotce informacyjnej znaleźć. Oczywiście dla mojego partnera najważniejszym i najbardziej pożądanym efektem, który występuje przy braniu hormonów było powiększenie piersi :-) Eh faceci jak dzieci... Próbowałam plastra i tabletek i zawsze to samo. W Polsce, spirali osobom, które jeszcze nie rodziły nie zakłada się, i to wcale nie z przyczyn medycznych, ale dlatego, że trudniej jest takie cudo „zainstalować”, albo najprościej w świecie nie jest to zgodne ze światopoglądem lekarza zakorzenionego w religii katolickiej.
Przeczytałam mnóstwo postów (notabene jak to zwykle bywa, połowa pozytywnych, połowa negatywnych-bądź tu babo mądra) i artykułów na ten temat. „Bogata” w wiedzę pobiegłam do lekarza. Przedstawiłam całą sytuację, dlaczego spirala etc...że nie mogę brać hormonów w żadnej postaci ani tabletek ani plastra. Bez żadnego gadania zapisał spiralę na receptę i za pięć minut już mogłam ją odebrać w aptece. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na opakowaniu doczytałam się , że ta spirala zawiera hormony. Pytam więc czy nie zaszła jakaś pomyłka? Farmaceutka, stwierdziła, że o żadnej pomyłce nie ma mowy i że spirala zawiera znikomą dawkę hormonu, który nie przedostaje się do krwiobiegu tylko działa miejscowo. Poza tym, poinformowała, że w Holandii nie ma spiral bez hormonów. Ok, niech będzie... W końcu tyle razy zaskakiwały mnie holenderskie wynalazki.
Spotkanie z lekarzem rodzinnym umówione (okazuje się, że tutaj lekarz rodzinny robi większość zabiegów). Teraz tylko oczekiwanie na menstruację. Nadszedł wreszcie dzień założenia spirali, zaciągnęłam ze sobą chłopaka, żeby podtrzymał mnie na duchu i za rękę. Weszliśmy do gabinetu i czekamy. Lekarz nerwowo biega i kompletuje narzędzia (zdziwiło mnie to, że nie było wszystko przygotowane, w końcu od 3 tygodni wizyta była umówiona). Po czym oświadcza, że pielęgniarka zapomniała je wysterylizować i zabiegu nie będzie.... Cale nerwy na nic, urlop chłopaka zmarnowany, ponowne trzy tygodnie oczekiwania na menstruację.
3 tygodnie później.....
Tym razem, pielęgniarka nie zapomniała wysterylizować narzędzi więc już jest dobrze. W gabinecie nie ma specjalnego fotela ginekologicznego, więc muszę skorzystać ze zwykłej kozetki. Stresik jest, ale lekarz każe się rozluźnić...I teraz zaczyna się cała zabawa. Lekarz rozpakowuje spiralę. Wkłada chyba wszystkie narzędzia jakie ma pod ręką, miesza jakby tam czegoś szukał, przypomina mi się jak koleżanka mojej siostry po imprezie sztuczną szczękę w sedesie zgubiła. Znowu gmera, miesza ból, jeszcze więcej bólu, mdłości i .... i nic z tego. Stwierdza, że nie da się „zainstalować” spirali, pewnie mam coś skrzywionego lub w innej pozycji, niż powinnam. Hymm... i znowu nerwy, urlop chłopaka znowu na marne. Po dojściu do siebie, zaczynam się zastanawiać co teraz? Lekarz daje mi przekaz do ginekologa na USG i de fakto założenie spirali (dlaczego nie zrobił tego od razu?!). Pytam, w takim razie jak to będzie z odpłatnością za spiralę, bo nie mam zamiaru drugi raz wydać 139 euro tylko dlatego, że lekarzowi nie udał się zabieg. Pomijam fakt, że znowu muszę czekać do następnej menstruacji... Wtedy okazuje się, że powinnam dostać spiralę w szpitalu za tzw „gratis”. Umawiam się więc ochoczo na wizytę u ginekologa i czekam na wyznaczony termin. Ginekolog robi mi USG i okazuje się, że wszystko jest normalne, pyta czy mam spirale ze sobą. (Oczywiście, że nie mam, miałam dostać ją tutaj) Jakież było jego zdziwienie, kiedy to powiedziałam...Tego było już za wiele! Zdenerwowana całą sytuacją biegnę z powrotem do rodzinnego, ten z kolei, zaczął się tłumaczyć, że kiedyś tak było, że szpital miał jakieś zapasy, ale możliwe, że to się pozmieniało. Pytam więc, jakie widzi rozwiązanie, bo ja chcę mieć spiralę, ale nie chcę drugi raz za nią płacić. Niestety rodzinny rozwiązania nie widział, tłumaczył, że nie jest od finansów i mam się skontaktować z firmą, która mnie ubezpiecza. „Poprosiłam” o fachowy opis całego zajścia. Tak więc znowu apteka, 139 euro, czekanie na menstruację i do ginekologa. Tym razem nie angażuje już chłopaka, szkoda jego urlopu.
Założenie spirali trwało może 10 min. Wreszcie!Po zabiegu jeszcze USG czy wszystko w porządku i do domu. Po upływie tygodnia mój cały entuzjazm zaczął opadać, ta nikła ilość hormonów działająca tylko miejscowo zaczęła dawać o sobie znać. Dokładnie te same skutki uboczne co po innych hormonach, puchnięcie nóg, problem z krążeniem,zmiany nastrojów, że o spadku IQ nie wspomnę. Do tego stopnia, że trudno było mi cokolwiek zapamiętać i skojarzyć. Dzwonię więc do szpitala z decyzją wyjęcia spirali. Tłumaczę kobiecie w recepcji jakie mam objawy etc, a ona, że to niemożliwe. Więc ja się pytam czy jest lekarzem, bo jeśli nie, to nie będę z nią dyskutować. W tym momencie moje IQ poszło niespodziewanie w górę, albo zadziałał strach przed skontaktowaniem szpitala z moich chłopakiem:-) W końcu mnie umówiła. Lekarz bez problemu wyciągnął spiralę i uprzejmie powiadomił, że powinnam mieć spiralę bez zawartości hormonów, miedzianą ....Zwaliło mnie to z nóg.To jednak można taką kupić w Holandii? No nic...na jakiś czas i tak miałam dosyć spirali. Teraz pozostała tylko walka o zwrot pieniędzy za drugi egzemplarz. Napisaliśmy z chłopakiem pismo do firmy, w której jestem ubezpieczona z opisem całej sytuacji. Po kilku tygodniach dostałam list, z którego wynikało, że firma ubezpieczająca zadzwoniła do Iekarza, i ustaliła, że faktycznie powinien zwrócić koszty drugiej spirali, ale muszę sama tego dopilnować.Udałam się więc z listem do przychodni, „no nie, znowu siedzi ta sierota na recepcji, która nigdy o niczym nie ma bladego pojęcia”-myślę sobie. I nie jest to tylko moje czcze gadanie, bo miałam już nie raz wątpliwą przyjemność współpracy z tą Panią. Podchodzę więc z listem, w którym jest wyraźnie napisane jaką kwotę i za co przychodnia ma zwrócić. Kobieta rozmawia przez telefon więc grzecznie czekam. Odkłada słuchawkę i natychmiast odbiera drugi telefon, ok poczekam...ale kiedy odebrała trzeci to mnie szlag na miejscu trafił i powiedziałam jej, żeby łaskawie zauważyła, że stoję.Z łaską się rozłączyła. Pokazałam jej list i wytłumaczyłam o co chodzi, musiałam mówić po holendersku, bo o angielsku z tą konkretną Panią dogadać się nie można. Albo ona nie rozumie, albo nie chce gadać, w każdym razie, kiedy mówi się do niej po angielsku to i tak odpowiada po holendersku, taki chwyt marketingowy czy co? Wzięła list i powiedziała, że musi zapytać lekarza, mam przyjść za dwa dni. Skserowała go sobie nawet, więc jest nadzieja, że tym razem nie schrzani. Przychodzę za dwa dni, i co? I nikt o niczym nic nie wie, w sumie to mnie to nawet nie zdziwiło. Przedstawiam więc sprawę kolejnej osobie, znowu każe przyjść za dwa dni.Pamiętacie afspraak maken :-) Na szczęście, tym razem trafiłam na kogoś kompetentnego.Po paru wizytach w przychodni (czy tutaj nie można niczego załatwić za pierwszym razem?) Pieniądze zostały przelane na konto. Ufff... Udało się. Kolejny mały sukces w Holandii :-)
Jednak po rundzie drugiej leczę się tylko prywatnie w Polsce. Niestety zupełnie mi nieprzydatne holenderskie ubezpieczenie zdrowotne, jest obowiązkowe.
Dużo zdrowia życzę !