Wybraliśmy się z dziewczyną na romantyczny weekend w belgijskie Ardeny. Tyle się słyszy od Holendrów jak mówią o wspaniałym weekendzie w górach. Wybrałem Bed & Breakfast z holenderskiej strony z tanimi noclegami na podstawie wysokich ocen w review. Trochę dziwne było, że kiedy pisałem e-maile do właściciela po angielsku, dostawałem odpowiedź po niderlandzku. No ale nie nastawiajmy się negatywnie.
Wyjechaliśmy rano. Będąc 60 km od celu podróży dziwiliśmy się, że nie widać tych gór na horyzoncie. Byliśmy w Polskich górach, w Austrii, w Czechach i zwykle w tej odległości widać i czuć podwyższenie terenu. Dotarliśmy do B&B około 13stej, a check-in jest od godziny 16:00. Zwykle zostawia się bagaże, jedzie na obiad i wraca, żeby się wcheckinować. Ale tym razem zostaliśmy przywitani dość chłodno, z wyrzutem wręcz. Właścicielka stwierdziła, że nie jest gotowa i mamy wrócić o 16stej. Żadnego grzecznościowego skąd jesteście, jak podróż, czy chcecie zostawić bagaże. Na pytanie o restaurację, kobieta rzuciła jakąś francuską nazwą miejscowości. Nie byłem już w nastroju do dalszej konwersacji, więc nie dopytywałem się dalej i sprawdziłem okoliczne miejscowości w nawigacji GPS. "Willa" wyglądała gorzej niż na zdjęciach i najwyraźniej była w toku renowacji. Nasze nosy w zależności od kierunku wiatru uderzał zapach krowiego łajna. Niewątpliwie jesteśmy na wsi.
Pojechaliśmy na obiad, wróciliśmy i w końcu udajemy się zobaczyć pokój. Trzeba pokonać z walizkami kręte schody o krótkich stopniach i chyboczącej się poręczy. Dalej kawałek po niemiłosiernie skrzypiącej podłodze i pierwsze obdrapane drzwi na lewo są nasze. Drzwi są celowo obdrapane w jednej strony. To chyba ma pasować do stylu. Jest coś co bardziej mnie martwi: w drzwiach nie ma zamka. Nie zamkniesz się na noc, ani na "mizianie". Dziwnie tak jakoś, taki brak prywatności i poczucia bezpieczeństwa w obcym miejscu. Będą dzisiaj także inni goście. Przezornie zamykamy cenniejsze rzeczy w mojej walizce z zamkiem szyfrowym. Juto się okaże, że pozostali goście mają zamki w dwóch innych pokojach. Wygodne łóżka zachwalane w holenderskich komentarzach okazują się najtańsza opcją z Ikei z materacami Sultan. W dodatku są to osobne łóżka i kiedy tylko nachodzi nas romantyzm w ten romantyczny weekend, łóżka się rozjeżdżają. W nocy będziemy spać osobno. W nocy dała się znać też wspomniana wyżej podłoga, kiedy inni goście wracali do pokoju grubo po północy. Słychać było jak rozmawiają szeptem i sami starają się nie robić hałasu, więc ciężko było mieć do nich pretensje.
Rano idziemy na śniadanie. Kolejne zdziwienie: śniadanie jest 9:00 do 10:30 dość późno, jeżeli chcesz spędzić dzień aktywnie. Wspominana często darmowa kawa (ulubione słówko Holendrów: gratis (czytaj: hhhhratis) jest kawą z Senseo. Czyli, żeby się obudzić musimy wypić 3. Obfite śniadanie przypomina raczej śniadanie kontynentalne mamy: croissant, dżem, lokalny ser i lokalna szynkę. Tyle się naczytałem, ustawiłem oczekiwania wysoko, a tu szału nie ma. Wyposażenie najtańsze, wszechobecne "zrób to sam". Przestronna łazienka, do której mieliśmy jednak klucz także nosiła znamiona pomysłów holenderskiej złotej rączki. 4 umywalki i wanna, ale woda tak podłączona, że w rzeczywistości ciśnienie może być dobre tylko w jednym kranie. W pokojach nie ma TV czy nawet radia. Dostaliśmy telewizor z DVD i film Babel. Zawsze coś tam w tle leciało wieczorem.
Wycieczka szlakiem turystycznym przypominała chodzenie po polskiej wsi. W Belgii najwidoczniej to taka atrakcja dla mieszczuchów. To co dla Holendra góry, u nas na geografii nazywa się wyżyny co najwyżej. Znalazła się nawet jaskinia w Hotton, ale na kolana też nie rzuciła. W Porównaniu do tego co widzieliśmy w innych górach tutejsze stalaktyty wyglądają jak skamieniałe smarki smoka.
Wróciliśmy w niedziele do domu zaraz po śniadaniu z jakimś taki niedosytem i niespełnieniem, ale szczęśliwi, że dzisiaj będziemy spać we własnym łóżku przytuleni do siebie.
Nauczka na przyszłość: kiedy Holender wystawia opinię, pod którą się podpisuje, albo nawet gorzej - był poproszony o jej wystawienie, będzie to opinia pozytywna, słodka zaczynająca się od "Kochani ....". Sprawdziliśmy księgę gości i była pełna takich słodziasnych tekstów. Wszystko było super i cudownie, najważniejsza gratis kawa. Działa tutaj wszechobecne prawo gezellig (czytaj: hhhezelihhh). To słowo nie daje się jednoznacznie przetłumaczyć, oznacza w sumie przytulnie, socjalnie, miło. Wszystko u Holendra musi być gezellig i jak się ma problem z sąsiadem należy z nim o tym porozmawiać najpierw i dojść do porozumienia. Często całe to bycie gezellig jest doprowadzane do absurdu. Jeżeli się nie da dopiero idą w ruch bardziej tradycyjne metody jak kłótnia, wzywanie policji i robienie sobie nazłość. W przypadku pytania o oficjalną opinię zgodnie z zasadą gezellig, opinia będzie słodka aż do pożygania i w sumie bezwartościowa dla innych. Teraz już wiem na ile cenić sobie tego typu opinie na portalach, gdzie wystawiający się podpisuje. Jeżeli nie trzeba się podpisać, to opinia będzie raczej szczera. Działa to także w polityce, co mogliśmy zauważyć przy okazji wyborów. Oficjalnie nikt nie widzi problemów z narastająca falą imigrantów, rosnącą przestępczością i konfliktami, a facet o nazwisku Wilders to skrajny wywrotowiec. Partia tego wywrotowca znalazła się wśród 3 partii za największa ilością głosów w wyborach gminnych i parlamentarnych. Wybory były anonimowe i jak się pytasz, to nikt na niego nie głosował :) Holendrzy nie głosowali, więc może sami imigranci chcą się siebie pozbyć? :)
O zasadzie gezellig i holenderskiej obłudzie opowiemy Wam, drodzy czytelnicy jeszcze nie raz.
Fri, 01/21/2011 - 15:29
Niestety holendrzy nie sa narodem ktory lubi sie dzielic informacjami, co widac po forach internetowych, ocenach lekarzy, firm, sklepow, uslug itp. ciezko naprawde cos znalezc, jak wiedza to i tak nie napisza albo i nie ma takich stron.
Pisza za to chetnie osoby pochodzenia tureckiego, marokanskiego - na ich forach przy uzyciu tlumacza google mozna sporo sie dowiedziec.
Co do oceny hoteli/wycieczek - ja sprawdzam na niemieckich, polskich i miedzynarodowych stronach np holidaycheck.com bo wiem ze niemcy, anglicy czy nawet polacy nie beda pisac bzdur ze hotel 2* jest jak 5*, bo holendrom zalezy tylko by bylo jak najtaniej a to nie zawsze idzie w parze z jakoscia. Zreszta mam taki przyklad w rodzinie mojego holendra - mamuska jezdzi na 1 miesieczne wakacje ale w warunkach gdzie ja bym nie wytrzymala 1 dnia, no ale za 1700 euro ma 1 m-c w ich boskim curacao ;) w hotelu bez wyzywienia i 5 km od plazy.. super oszczednosc ;)
Mon, 09/20/2010 - 09:56
Ja mam na to jedna rade: UNIKAC holenderskich hoteli jak ognia! Jak mozesz sie w ogole poruszac w tyhc mikroskopijnych pokojach to i tak oszczedzaja na swietle i ogrzewaniu. Jezeli przespisz noc i zmarzniety pojdziesz na sniadanie to po ich glodowych poracjach i tak trzeba gdziesz szukac miejsca, zeby cos dojec. Na szczescie kraj jest tak maly, ze ominiecie go i nocowanie w Niemczech jest najlpesza opcja (o matko, jak ja juch chwale niemieckie hotlee to naprawde jest ze mna niedobrze;p)